Dawno już nic tutaj nie naskrobałam, bo a jakże – zapewne jak zdecydowana większość z nas – nie mam na to zbytnio czasu. Jednak właśnie to wieczne życie w pędzie skłoniło mnie ostatnio do kilku refleksji.
Lubię czasem się zatrzymać i spojrzeć na wszystko z punktu widzenia obserwatora. Taką chwilę poświęciłam ostatnio na rozmyślanie o tym szeroko pojętym technologicznym szaleństwie, jakim jest AI. Dla mnie aktualny rozwój sztucznej inteligencji jest jak rozpędzone Lamborghini, które zaraz walnie w drzewo, bo nikt nie pamięta o hamulcach. Wszyscy stoją na poboczu, biją brawo i zachwycają się karoserią, jednocześnie nie chcąc zauważać mankamentów.
Najbardziej uderza mnie jednak niespełniona obietnica, którą nas karmiono: „AI zrobi to za Ciebie, a Ty zyskasz więcej czasu dla siebie”. Brzmiało pięknie, prawda? Tymczasem rzeczywistość okazała się ironiczna. Zamiast odzyskać wolne chwile, daliśmy się jeszcze bardziej uwięzić. Skoro technologia pozwala nam pracować szybciej, świat zaczął oczekiwać, że w tym samym czasie zrobimy po prostu jeszcze więcej. Kołowrotek kręci się szybciej, a my biegniemy w nim coraz bardziej zadyszani.
Zanim jednak to auto całkiem wypadnie z zakrętu, warto spojrzeć na to, co pod tą lśniącą maską najbardziej mnie niepokoi:
-
Ślepy zachwyt: Zachwycamy się błyskawicznymi odpowiedziami, w ogóle nie sprawdzając ich autentyczności. Ufamy maszynie bardziej niż własnej intuicji.
-
Konfabulacje: Wierzymy w te odpowiedzi bezkrytycznie, choć AI często po prostu zmyśla, podając fałsz za pewnik (czasem nawet zapewniając nas, że nie kłamie).
-
Brak refleksji nad kosztami: Wysyłamy setki zapytań bez zastanowienia, nie myśląc, ile energii i wody zużywa każde, nawet najmniejsze, „szybkie pytanie” do serwera.
-
Lenistwo poznawcze: Często nie zastanawiamy się, czy nie ma prostszego (i tańszego dla planety) sposobu uzyskania odpowiedzi – jak choćby zajrzenie do książki czy po prostu… pomyślenie.
-
Śmietnik danych: Jakość informacji w internecie drastycznie spada. Mamy coraz większy bałagan, nad którym nikt już nie panuje, bo sieć zalewana jest generowanym automatycznie contentem.
-
Utrata autentyczności: Gubimy się w tym, co jest prawdą, a co tylko wytworem algorytmu.
Ale wiecie, co boli mnie jeszcze bardziej? To nasza dehumanizacja ( 😉 ). Mam wrażenie, że ludzie przestają samodzielnie myśleć. Zadajesz komuś pytanie: „Co o tym myślisz?”, a w odpowiedzi słyszysz: „Czekaj, zapytam GPT”… A ja mam tylko takie „aha, czyli nie myślisz”, jakbym chciała odpowiedzi AI to sama napisałabym prompta.
Dzisiejszy dzień już jutro będzie tym wczorajszym i żaden jego element już się nie powtórzy – a my oddajemy te unikalne momenty maszynom. Czasem strach o coś kogoś zapytać, by nie wyjść na osobę wścibską, a innym razem pojawia się żal o brak pytania, który jest odbierany jako brak zainteresowania. Budujemy między sobą dystans, którego algorytm nie zasypie. Wolimy porozmawiać z chatem, bo on nie ma pretensji o niewygodne pytania, zawsze jest cierpliwy i optymistycznie nastawiony.
Przeraża mnie też to, co widzę na ekranach. Wszędzie otaczają nas sztucznie wygenerowane zdjęcia, które coraz trudniej odróżnić od tych autentycznych. Kiedy widzę tak stworzone wizerunki osób, których rysy znam na wylot, serce mi krwawi. To boli bardziej niż za czasów, gdy królowały nieudolne przeróbki w Photoshopie czy filtry ze Snapchata z psimi uszami. Tam była zabawa, tu jest chłodna, myląca perfekcja.
Jako dziecko już często mówiłam, że nie pasuję do tych czasów, bo pęd mnie przerażał… Jak bardzo nie wiedziałam, że to dopiero powolny rozbieg przed ultrahipermaratonem 🤪 I choć dziś nowe technologie są w kręgu moich zainteresowań, pasji i kariery, tak stale zadaję sobie pytanie:
Czy w tym pędzącym Lamborghini jest jeszcze miejsce na nas – prawdziwych, niedoskonałych i czujących?
